sobota, 27 czerwca 2015

Yerba Mate - jak zacząć i w ogóle po co?


Mówi się, że Yerba Mate to napój hipsterów. Widocznie takich nie ma na Placu Zbawiciela, albo po prostu byłem tam o złej porze. Za to bywają oni na Placu Świętego Piotra. Tak, tak, tym w Watykanie - jednym z najbardziej rozpoznawalnych fanów mate jest Papież Franciszek, chociaż Polakom to ciągle mało znane zioło może bardziej kojarzyć się z osobą podróżnika i publicysty Wojciecha Cejrowskiego.

Zacznijmy od początku. Yerba Mate to napój przyrządzany z wysuszonych liści i łodyg ostrokrzewu paragwajskiego. W Ameryce Południowej popularność naparu z Ilex paraguariensis można przyrównać do kawy czy herbaty u nas - przynajmniej tak mówią, ci co tam byli. Podobne do kawy i herbaty jest też działanie tej, bądź co bądź używki. W yerba mate również drzemie kofeina (teina, mateina - jeden diabeł), która teoretycznie pobudza ciało i umysł. I to właśnie ze względu na właściwości energetyczne wielu interesuje się tą roślinką.

Spece różnej maści twierdzą, że yerba jest zdrowsza i bardziej skuteczna od kawy, bo aż tak nie obciąża organizmu, nie wypłukuje magnezu, a kofeina z mate działa łagodniej ale dłużej niż w przypadku uderzającego działania kawy.

Czy faktycznie daje to kopa energetycznego? Może i po dawce yerba mate z rana jakoś tak jakby mniej chciało się spać, nawet po bardziej intensywnej nocy. Ale jakoś nigdy nie odczułem tego magicznego nakręcenia, o którym można przeczytać w internecie. Z tym, że ja nie jestem miarodajnym przypadkiem, bo po kawie, która niby ma energetyzować mnie bierze na drzemkę ;)

A jak to jest z tym ohydnym smakiem? Jeśli już zaglądałeś w inne rewiry internetu to pewnie wiesz, że mate smakuje strasznie - zaparzona popielniczka i te sprawy. No po prostu nie da się tego polubić, po prostu trzeba zacisnąć zęby i się przyzwyczaić... Gówno prawda!

Nie licząc epizodu z herbatą aromatyzowaną o smaku yerba mate z Biedronki czy innego Lidla, której kompletnie nie pamiętam przygodę z południowo-amerykańskim ziołem rozpocząłem jak typowy żółtodziób. Coś gdzieś słyszałem, aż w końcu się zebrałem. Poszedłem do sklepu dla żółtodziobów i kupiłem małe torebeczki "argentyńskiej klasycznej", "brazylijskiej dla początkujących" i jakiejś owocowej, chyba cytrynowej.

Jako, że jestem zwolennikiem terapii szokowej, świadomie zacząłem od tej klasycznej i... był szok. Może i faktycznie jakieś takie dymne, tytoniowo-ziołowe posmaki, ale przede wszystkim jest cierpkość - coś jakby po zjedzeniu owocu aronii. A aronię uwielbiam! A nie jest to za gorzkie? AIPA też jest gorzkie, a mogę pić je kuflami, z resztą herbatę od lat piję bez cukru - także i tu problemu nie było. Jak komuś za gorzkie to zawsze może dodać cukru - podobno z tego spowiadać się nie trzeba.

No to przyszedł czas na spróbowanie tej brazylijskiej, łagodniejszej, polecanej początkującym. A co to Panie jest? Jakby siano zalał wodą - chcą tych początkujących odstraszyć, czy co? Później się przekonałem, że różne yerby mogą różnie smakować. Dlatego jeśli ktoś chce rozpocząć przygodę polecam od razu zakup kilku próbek różnych marek (yerby dzieli się nie na gatunki, tylko właśnie na marki - każda fabryka przygotowuje susz po swojemu).

No dobra, teraz przejdźmy do sprzętu. Ile trzeba wydać na gadżety żeby napić się mate? Odpowiedź jest prostsza niż by to się mogło wydawać - zero! Jeśli chcesz tylko spróbować, w żadnym wypadku nie inwestuj w sprzęt. Kup sobie kilka razy po 50 g yerby i parz na sitku jak liściastą herbatę. Dopiero jak Ci się spodoba zrób krok do przodu. 

Yerba Mate jest magiczna bo z jej podaniem wiąże się ciekawy rytuał. Choć wyżej "kazałem" Wam parzyć ją jak herbatę to sam od dłuższego czasu praktykuję tradycyjne spożycie. Pierwszy zestaw (naczynie z tykwy, ekonomiczna rurka, 3 próbki) wyniósł mnie niecałe 25 zł oczywiście na Allegro. Z obserwacji wynika, że w sieci jest jednak trochę taniej niż w stacjonarnych sklepach "ze zdrową żywnością".

Po kilku miesiącach "siorbania" (bo yerbę się siorbie, a nie pije) przerzuciłem się na nieco lepszy sprzęt. Ten w sumie kosztował mnie nie całą stówę, ale było warto.


Po pierwsze dla tego, że calabaza (naczynie z tykwy) było dla mnie trochę za duże. Malutkie palo santo (naczynie z charakterystycznego, pachnącego drzewa, obite metalem) pozwala na delektowanie się małymi porcjami yerby. Susz mate charakteryzuje się tym, że można go zalewać kilka razy i nawet po 7 zalaniu puszcza jeszcze sporo smaku. Osobiście wolę degustację w cyklu 7x100 ml niż 2x350 ml - dlatego polecam wszem i wobec małe naczynka. Zwłaszcza, że mądre księgi powiadają, że susz nie powinien zbyt długi stać zalany.

Naczynie, naczyniem ale najważniejsza jest bombilla czyli widoczna na zdjęciu wystająca z naczynka metalowa rurka. Jeśli masz kasy na cały zestaw, a chcesz choć trochę liznąć klimatu mate zainwestuj w samą bombillę. Pomysłowe urządzenie wyposażone jest w sitko, które zamacza się w fusach yerby i w ten sposób opróżnia naczynie (za które z powodzeniem może robić nawet zwykły kubek). Po co tak? Po to, że fusy mate "pracują" przez cały czas i oddzielając je od naparu sprawiamy mu (temu naparu) przykrość ;) Tak to Indianie w Paragwaju sobie wymyślili, nie pytajcie mnie dlaczego.

Na koniec jeszcze kilka słów o zasadach. Jest ich dość sporo, ale najistotniejsza i warta ścisłego przestrzegania w sumie chyba tylko jedna: nie zalewaj mate wrzątkiem! Po pierwsze nie smakuje tak dobrze (mi smakuje najlepiej przy temperaturze 65-70 st. C), po drugie podobno jak zaleje się ją zbyt ciepłą wodą to możemy zapomnieć o witaminach, mikroelementach i własnościach energetycznych.

Jeśli ktoś z Was ma wolną godzinkę i chciałby mocniej wkręcić się w świat Yerba Mate, gorąco polecam film autorstwa chłopaków z bloga Czajnikowy.pl, który nie ukrywam dość mocno rozbudził moje zainteresowanie tym trunkiem:

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz